piątek, 13 maja 2011
Kurczak pięć smaków w sosie

Jakiś czas temu w mojej, niedużej miejscowości powstała nowa restauracja. Właściwie określenie to jest na wyrost, bardziej bar szybkiej obsługi, z chińskim jedzeniem. Wybraliśmy się tam z mężem, ciekawi nowych smaków. Ale jakie miasto, taki lokal - wszystko podane na jednorazowych "talerzykach", herbata w piankowym kubku. Nic dziwnego, że w środku poza nami i obsługa nie było nikogo. Wystrój raczej stylizowany na chiński - tanie ozdoby imitujące wyposażenie chińskich wnętrz np. naklejka na ścianie złożona z kilku powtarzających się znaków. Widać w sklepie w którym ja kupowali, nie było więcej wzorów. Zimno, nudno i banalnie - nie zachęca do ponownego odwiedzenia.

Wygląd wyglądem, ale w restauracjach liczy się jedzenie. Lokal chwali się, że gotuje u nich prawdziwy znawca orientalnej kuchni - zatrudniają osobę stamtąd (skąd dokładnie, nie wiem, nie pojawiła się nawet na chwilę w zasięgu wzroku - powtarzam za kasjerem - barmanem - "stacjonarnym kelnerem" (?)). Bojąc się wynalazków niewiadomego pochodzenia (za dużo oglądam programy Gesslerowej - nie ufam już nikomu, kto gotuje, poza sobą), zamówiłam smażony makaron z warzywami. Dostałam makaron (podobno robiony samodzielnie i w sumie tak smakował) z mieszanka mrożonych warzyw z tzw. "mieszanki chińskiej", utaplanych w przyprawie pięć smaków i sosie sojowych. Dało się zjeść, ale bez ochów i achów. Mój mąż, mniej bojaźliwy, zamówił kurczaka z grzybami mun i warzywami. Musze przyznać, że danie było ambitniejsze i smaczniejsze - kurczak wcześniej zamarynowany - rozpływał się w ustach, grzyby miękkie, tylko dodatek - zwykły, biały ryż! Na dodatek, po polsku rozgotowany! Ok, rozumiem, restauracja się rozkręca, ale dlaczego robią z klientów idiotów? Szkoda, bo może i potencjał jest, ale te plastiki zamiast porcelany i polskie dodatki zepsuły efekt. Na koniec wzięliśmy ulotkę, z myślą, że jeśli jeszcze raz coś stamtąd zamówimy, to do domu.

Jednak po tygodniu znów się nam zachciało "chińszczyzny". Uznałam wtedy, że może sama coś przygotuję. Kupiłam kiedyś, dotąd nie używaną książkę "Kuchnia chińska". Leżała dotąd na półce ze względu na ilość dziwnych, niedostępnych składników, których używa autorka - Ching-He Huang. Kupiłam ją pod wpływem jej programu, emitowanego bodajże na bbc entertainment - tam wszystko wyglądało tak prosto i ładnie. Po ponad półrocznym leżakowaniu wzięłam książkę ponownie, przejrzałam i znalazłam przepis, który postanowiłam wykorzystać. Jest nim tytułowy kurczak pięć smaków. 

Składniki: (dla dwóch osób, ale najadły się nim trzy)

  • 350 g piersi z kurczaka, pokrojonego na drobne kawałki
  • 2 łyżki sosu ostrygowego
  • 1,5 łyżki mąki kukurydzianej
  • sól
  • biały pieprz
  • 1 łyzka oleju arachidowego
  • 2 ząbki czosnku, drobno pokrojone
  • 1 łyżka świeżo startego imbiru
  • 1 łyżeczka suszonego chilli (ja dodałam całą papryczkę - to dużo, za dużo ;) )
  • 250 ml bulionu z kurczaka
  • 1 marchewka, pokrojona w paski
  • 200 g liści kapusty pak choi (pominęłam - dodałam więcej marchewki)
  • 2 łyżki ciemnego sosu sojowego
  • 2 łyżki wina ryżowego (pominęłam)
  • 0,5 łyżeczki przyprawy pięć smaków (zrobiłam własną gniotąc w moździerzu po pół łyżeczki kminu rzymskiego, nasion kopru włoskiego, cynamonu, czarnego pieprzu i 2 goździków - pewnie proporcje są inne, ale cóż - mi smakowało)
  • 1 łyżka maki kukurydzianej zmieszana z 2 łyżkami zimnej wody (do zagęszczenia sosu)
  • 1 cebula dymka, posiekana do posypania - użyłam drobno pokrojonego szczypiorku

Sposób przygotowania:

Pokrojonego kurczaka umieścić w misce, dodać sos ostrygowy, sól, biały pieprz, mąkę kukurydzianą. W miarę dokładnie wymieszać, najlepiej rękoma i odstawić.

W woku rozgrzać olej arachidowy (ja się jeszcze nie dorobiłam woka, więc duża patelnia też się świetnie nada). Wrzucić czosnek, imbir, podsmażyć. Dodać zaprawionego kurczaka. Jak się zarumieni wymieszać i dodać chilli.

Wlać bulion, dodać marchew, kapustę, sos sojowy, wino ryżowe i przyprawę pięć smaków. Wymieszać, doprowadzić do wrzenia. Na koniec dodać mąkę kukurydzianą rozmieszaną z zimną wodą. Ostatni raz przemieszać, po zagęszczeniu sosu, wyłożyć na talarze. 

Posypać dymką/szczypiorkiem i podawać z ryżem jaśminowym.

 

piątek, 06 maja 2011
Tort Pawłowej (Pavlova)

Kiedy pierwszy raz usłyszałam o tym deserze nie mogłam wyjść z zachwytu nad nim z dwóch powodów. Po pierwsze historia - po raz pierwszy deser przygotowano z okazji tournee primabaleriny Anny Pawłowskiej po Australii (choć do jego stworzenia przyznają się i Nowozelandczycy). Podobno poprosiła o coś lekkiego, a co może wydawać się lżejsze od bezy? Drugim powodem mojego zachwytu był wygląd - owa "lekka" śnieżnobiała beza, pokryta śnieżnobiałą bita śmietana i do tego owoce, świeże, jędrne, lśniące. Postanowiłam, że jak się nadarzy okazji przygotuję torcik w sezonie owocowym. 

Okazja nadarzyła się wcześniej. Po świętach zostało mi 7 białek. Po raz pierwszy nie pozwoliłam ich zjeść mojemu mężowi (chciał z nich zrobić jajecznicę, bardzo białkową). Nie wiem jak długo można przechowywać zmrożone białka, wolałam więc nie ryzykować. Okazją okazał się mecz Barcelona - Real (Barcelona w finale :)) ). Świeże owoce zastąpiłam mrożonymi.

Mogę teraz powiedzieć, że do dwóch wcześniejszych zachwytów doszedł trzeci - smak. Torcik rozpływa się w ustach. Jest lekki (jak chciała primabalerina), mimo składników z których został zrobiony.  Podanie go grozi szybkim zniknięciem w brzuchach biesiadników - wzięliśmy połowę (wcześniej przez dzień chodziliśmy i podjadaliśmy, więc na wieczór pozostała połowa) do kolegi na mecz. W trójkę, w ciągu dwóch połówek meczu, nie zostało po nim nic. No może fantastyczne wspomnienie smaku. Ale i ostrzeżenie - uważaj na ciasta, które potrafisz zjeść samemu w ciągu kilku godzin! Ech, czas na serki wiejskie i zupy warzywne...

Przepis podaję za blogiem "Moje wypieki". Ciasto robi się bardzo szybko, najwięcej czasu zajmuje upieczenie bezy (najlepiej zrobić to dzień wcześniej). Reszta to 5 minut.

Składniki:

Beza: 

  • 6 białek (zużyłam 7 i nie zmieniałam proporcji innych składników)
  • 300 g drobnego cukru
  • 1 łyżeczka skrobi ziemniaczanej
  • 1 łyżeczka octu winnego 

Dekoracja:

  • 500 ml śmietany kremówki (30 lub 36%) 
  • dowolne świeże owoce (ew. można je zastąpić mrożonymi, muszą być jednak wcześniej rozmrożone i odsączone - ja do ozdobienia ciasta zużyłam paczkę truskawek)

Przygotowanie:

Ubić białka na sztywną pianę, pod koniec ubijania dodać cukier (wsypywać partiami, by mógł się w białkach rozpuścić), skrobię i ocet.  

Gotową pianę przełożyć na blachę wyłożona papierem do pieczenia. Aby beza miała okrągły kształt, warto na papierze narysować okrąg o średnicy 20 cm (ja odrysowałam talerz). Wykładając bezę warto pilnować granic. I tak urośnie w trakcie pieczenia, więc ma to tylko znaczenie symboliczne. Będzie jednak okrągła po wyciągnięciu z piekarnika.

Bezę wstawić do piekarnika rozgrzanego do 180 st. C. Po pięciu minutach zmniejszyć temperaturę do 150 st. C i piec w niej bezę przez półtorej godziny.  Po tym czasie nie wyjmować bezy z piekarnika, tylko lekko uchylić drzwiczki, by się ostudziła (ja ją zostawiłam na całą noc).

Wystudzone ciasto przełożyć delikatnie na paterę (której nie posiadam, w zamian mam pojemnik do przenoszenia okrągłych ciast i go użyłam - oj, muszę nadrobić ten brak w mej kuchni). Najlepiej zrobić to przykładając do górnej części bezy paterę, odwrócić razem z papierem, a następnie delikatnie usunąć papier. 

Pozostaje tylko udekorowanie - ubić bita śmietanę (bez cukru!), wyłożyć na bezę, udekorować owocami.

Smacznego! 

 

ps. na początku się przestraszyłam, bo beza była wypieczona tylko na zewnątrz, a w środku przypominała piankę. Jednakże po obejrzeniu zdjęć znalezionych w internecie i książkach kucharskich, zobaczyłam, że taka ma właśnie być. 

 

środa, 27 kwietnia 2011
Mazurek

Nie zdążyłam wczoraj wpisać czwartego ciasta, które przygotowałam z okazji świąt. Te ciasto ma również swoją historię - robię je od czasów, jak byłam nastolatką. To chyba jedyne ciasto, które pozwalała mi mama robić, a potem wręcz się go domagała :) Tak naprawdę jest to kruchy, prawie bez smaku placek, pokryty trzema różnymi, ale uzupełniającymi się smakami. Bardzo prosty w przygotowaniu. Ma jednak jedna wadę - jak się go zrobi, nie ma sensu przygotowywać mazurka w innym smaku - kawałek wystarcza za cały deser. A świąteczne desery, na cały rok, do kolejnej Wielkanocy.

Składniki:

Ciasto: (na dużą blachę)

  • 240 g zimnego masła
  • 400 g mąki tortowej
  • niecała szklanka zimnej wody
  • szczypta soli

Dodatki:

  • słoik powideł (najlepiej "samorobnych")
  • puszka kajmaku (można kupić gotową, można przygotować samemu, gotując przez około dwie godziny puszkę mleka skondensowanego słodzonego)
  • 50 g czekolady rozpuszczone w kąpieli wodnej, wymieszane ze 100 ml śmietanki kremówki - polewa czekoladowa

Przygotowanie:

Składniki na ciasto szybko zagnieść, włożyć do lodówki na około 1 godzinę. Po tym czasie wyjąć ciasto, rozwałkować na cienki placek, wyłożyć nim blachę, uformować brzegi ciasta. Piec je około 30 minut w temperaturze 180 st. C

Upieczony placek, po wyjęciu z piekarnika, ostudzić. Ja na ogół piekę spód dzień przed nakładaniem dodatków.

Na placek, jako pierwszą warstwę wyłożyć powidła śliwkowe. Mają one przełamywać bardzo słodki smak kajmaku, drugiej warstwy. Na koniec polewamy wszystko przygotowana polewą czekoladową i dekorujemy w dowolny sposób.

Prawda, że dziecinnie proste?

 

wtorek, 26 kwietnia 2011
Pascha

Pierwszy raz paschę zrobiłam pięć lat temu. Urzekł mnie delikatny smak ciasta, po prostu rozpływający się w ustach każdy kawałek. W poprzednim roku postanowiłam, że więcej nie będę jednak przygotowywać tego sernika. Po prostu rok, po roku jak się pojawiał na stole wywoływał pytanie "a co to jest?". Za pierwszym razem wytłumaczyłam, za drugim również, za trzecim już miałam tego dość. Ile bowiem można mówić o tym samym?

Jednakże w tym roku odkryłam ze zdumieniem, że pascha stała się modna. Podążając tym tropem, przygotowałam na próbę ciasto. I co? Pierwszy raz po pojawieniu się paschy na stole usłyszałam - o, pascha, ale fajnie. W przyszłym roku znów ją zrobię.

Przepis, podobnie jak babka drożdżowa, pochodzi z kolekcji "Nowa Kuchnia Polska - spotkania przy stole" (dodatek do GW, kwiecień 2006).

No i przepis jest kolejną moją propozycją do akcji "Wielkanocne smaki".

Składniki:

  • 1,5 kg twarogu zmielonego
  • 250 g miękkiego masła
  • 250 g cukru
  • 1 cukier waniliowy
  • 5 żółtek
  • 300 ml śmietanki min. 30%
  • 150 g posiekanych migdałów
  • 200 g mieszanki owoców kandyzowanych

Przygotowanie:

Masło utrzeć na puch w makutrze z cukrem i cukrem waniliowym. Dodawać po jednym żółtku i części odciśniętego twarogu. Utrzeć aż wszystkie składniki się dokładnie połączą, a masa będzie mieć jednolita, kremową konsystencję.

Do garnka o grubym dnie przełożyć masę, wlać śmietankę, wymieszać. Garnek postawić na małym ogniu, starając się cały czas mieszać, bo masa może się przypalić. Zagotować (na wierzchu pojawią się duże bąble, które pękając strzelają gorącą masą wokół - trzeba uważać!)

W międzyczasie na suchej patelni podprażyć migdały.

Zdjąć garnek z ognia, dodać do niego migdały i owoce kandyzowane. Wymieszać.

Foremkę (ja użyłam plastikową doniczkę, stąd ten "fantazyjny kształt" ;) ), postawić na talerzu głębokim - na ściekającą serwatkę, wyłożyć gazą. Do tak przygotowanej formy przelać masę serową. Przykryć drugą gazą, przycisnąć, można obciążyć talerzykiem.

Odstawić. Gdy przestygnie włożyć do lodówki na min. 12 godzin. Po tym czasie przełożyć na talerz.

 

Babka drożdżowa

Kolejny świąteczny wpis. I muszę przyznać (w końcu już jest po świętach i podsumowania są jak najbardziej na miejscu), że ze wszystkich tegorocznych ciast, właśnie ta babka mi smakowała najbardziej. Co więcej, rzadko się zdarza, by w poniedziałek wielkanocny drożdżowy wypiek był zjadliwy - a owa babka była, jak najbardziej.

Pierwszy raz próbowałam ją zrobić w ubiegłym roku. Jednakże, nie mając doświadczenia w ciastach drożdżowych, zrobiłam za dużo surowego ciasta, więc w trakcie pieczenia babka mi uciekła z formy i tyle by było na temat. W tym roku zmniejszyłam ilość składników, wciąż było za dużo, ale mądra ubiegłorocznym zdarzeniem, nadmiar upiekłam w blasze do muffinek, wyszły bułeczki a la brioszki (nazwa zobowiązuje). Nic się więc nie zmarnowało :)

Przepis wygrzebany z kolekcji przepisów "Nowa Kuchnia Polska - spotkania przy stole" - spotkanie nr 4 "Baby z Mazurkiem" z kwietnia 2006 r. (dodatek do GW).

Propozycja owa jest również kolejnym przepisem w akcji "Wielkanocne smaki"

Składniki:

  • 500 g mąki tortowej
  • 250 ml mleka
  • 7 g drożdży suchych lub 12 świeżych
  • cukier waniliowy
  • 4 żółtka
  • 2 białka
  • 13 g spirytusu
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 125 g masła

Przygotowanie:

Do miski przesiać mąkę, dodać drożdże (ze świeżych wcześniej przygotować rozczyn), proszek do pieczenia i miękkie masło. Wszystkie razem wymieszać. W drugiej misce ubić białka z cukrem i cukrem waniliowym. Do sztywnej piany dodać żółtka i spirytus, delikatnie wymieszać. Masę jajeczną dodać do mąki z masłem, mieszać, aż ciasto będzie odchodziło od rąk. Przykryć miskę, zostawić do wyrośnięcia na około jedną godzinę. Po tym czasie przełożyć ciasto do formy - mniej więcej do połowy wysokości. (Ja nadmiar ciasta, który mi pozostał przełożyłam do blachy na muffinki - wyszło mi tak pięć dodatkowych ciasteczek). Ponownie odstawić w ciepłe, nieprzewiewne miejsce na około 30-40 minut.

Po tym czasie wstawić wyrośnięte ciasto do piekarnika. Piec około godzinę w temperaturze 180 st. C

Tagi: drożdże
16:01, karolah19 , Ciasta
Link Dodaj komentarz »
Waniliowa babka Gugelhupf

Po raz kolejny, tym razem w Wielką Sobotę w głowie pojawiła mi się myśl, że ja tak naprawdę świąt nie lubię. Nie chodzi o te konkretne święta, bo pod ten termin podciągnę zarówno wielkie święta, takie jak właśnie (na szczęście, już za nami) Wielkanoc, jak i wszelkie imieniny, urodziny, uroczyste obiady z jakichkolwiek powodów. Ja to lubię tylko przygotowywać. Wymyślać menu, szukać składników, a potem gotować, piec, smażyć, mieszać, dusić, ubijać itp. itd.

Tak tez wyglądały dwa dni przed świętami. Dzięki temu, każdej osobie, która próbowała moich potraw mogłam pełna dumy, powiedzieć - wszystko przygotowałam sama, nic nie kupiłam gotowego.

Jako pierwszą propozycję Wielkanocną przedstawiam Waniliową Babkę Gugelhupf. Nie wiem na ile ten przepis ma wiele wspólnego z tradycyjną alzacką babką, gdyż ta ponoć robiona jest na drożdżach. Dla mnie nie ma to większego znaczenia. Piekę tę babkę od jakiegoś czasu na jakieś okazje lub po prostu na weekend i jestem mia zachwycona. I mimo, że podaję ją w ramach przepisów świątecznych, polecam ja na każdy, nawet najzwyklejszy dzień.

Pierwszy w akcji "Wielkanocne smaki" przepis pochodzi z forum Cin Cin.

Składniki:

  • 2 szklanki mąki tortowej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 1/2 szklanki mleka
  • łyżeczka esencji waniliowej
  • 250 g miękkiego masła
  • 1 i 1/4 szklanki cukru pudru
  • 6 jaj
  • 3/4 szklanki cukru (dałam pół)
  • 60 g gorzkiej czekolady

Przygotowanie:

Mąkę przesiać z proszkiem do pieczenia i solą. Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej. Jajka rozdzielić na białka i żółtka. Białka ubić ze zwykłym cukrem na błyszcząca pianę. Do mleka dodać esencje waniliową.

W misce zmiksować miękkie masło. Wsypać cukier puder, zmiksować. Następnie po trochu dodawać żółtka i wszystko razem utrzeć na gładką masę.

Do masy maślano - jajecznej dodawać po trochu mąki i mleka. Gdy wszystkie składniki się połączą, delikatnie wmieszać ubite na sztywną pianę białka.  Do 1/3 masy dodać rozpuszczoną czekoladę, dokładnie wymieszać.

Do przygotowanej formy przełożyć połowę "białej masy", na nią wyłożyć masę czekoladową, na koniec resztę masy białej.

Piec przez około godzinę w temperaturze 175 st. C.

Babka jest najlepsza tego samego dnia, warto ją trzymać zawinięta by utrzymała świeżość na kolejne dni. Ale sucha jest wciąż dobra :)

Tagi: czekolada
15:33, karolah19 , Ciasta
Link Komentarze (2) »
wtorek, 12 kwietnia 2011
Bliny

Jakiś czas temu natknęłam się na jakąś informacje o blinach, jako tradycyjnej potrawie rosyjskiej. Z opisu, zdjęć nie różniły się dla mnie niczym od naszych racuchów (no może tym, że nie były z jabłkami). Bardzo zaintrygowało mnie, że danie to, bardzo proste i skromne, jest też daniem elit. Bo czy ktoś nie słyszał o tradycyjnych dodatkach takich jak kawior (i pewnie szampan do popicia). Czyli danie dla biedoty i danie dla bogaczy w jednym. Musiałam go spróbować. A jak to u mnie często bywa, to przypadek sprawia, że coś pojawia się na stole. Bowiem, mimo że się staram, nie zawsze zapisuje moje pomysły i co niektóre wypadają mi z głowy zawsze wtedy, gdy układam listę obiadów na najbliższy czas. Tu przypadek zdarzył się w markecie - przeglądałam ofertę towarów umieszczonych w dziale z żywnością organiczna i natrafiłam na mąkę gryczaną. Jej zakup to była taka kropka nad i. teraz tylko potrzebowałam dobrego przepisu i znalazłam go na stronie blogu "Palce lizać" Tatter.

Bliny, mimo fizycznego podobieństwa do naszych placuszków lub też nawet do pancaków, smakują zupełnie inaczej.  Ich smak nie kojarzy mi się z niczym, co do tej pory jadłam w tej formie. Ale jest zupełnie nie do zapomnienia, fantastyczny. A co więcej - zrobienie ich jest proste (wymaga trochę czasu, trzeba bowiem pozwolić ciastu wyrosnąć), więc można jej jeść na obiad, kolacje, a nawet śniadanie. Fantastycznie komponują się ze słonymi składnikami, ale myślę że z wyrazistymi słodkimi dodatkami też mogłyby być dobre. No i smakują zarówno na ciepło, jak i po przestygnięciu. Już chyba rozumiem ich karierę w kuchni rosyjskiej.

Składniki:

  • 150 g mąki pszennej
  • 100 g mąki gryczanej
  • pół łyżeczki soli
  • 1 łyżeczka suchych drożdży
  • 350 ml mleka
  • 50 g masła, roztopionego
  • 2 jajka - osobno białka i żółtka
  • olej do smażenia

Sposób przygotowania:

Do dużej miski wsypać obie mąki, dodać drożdże (jeśli używamy świeżych, wcześniej przygotować rozczyn), wlać ciepłe mleko. Wszystko wymieszać łyżką, na w miarę luźne ciasto. Miskę przykryć, odstawić na godzinę. Ciasto ma urosnąć.

Pod koniec czasu rośnięcia można już przygotowywać kolejne składniki ciasta. Do żółtek dodać przestudzone rozpuszczone masło i razem wymieszać. W drugiej misce ubić białka na sztywną pianę. Oba jajeczne składniki dodać do wyrośniętego ciasta. Delikatnie wymieszać do połączenia składników i odstawić na kolejne 20 minut.

Po tym czasie można zacząć smażyć placuszki na złoty kolor. Trochę piją olej, więc warto je po usmażeniu odłożyć na ręczniki papierowe do odsączenia.

Z podanych proporcji wychodzi około 20 placuszków.

 

środa, 16 marca 2011
Ciasteczka z ciasta francuskiego z serem

No i polityka wdarła mi się do lodówki. Wzrost Vat-u na artykuły spożywcze (i nie tylko), który tak naprawdę odczułam dopiero pod koniec stycznia, bo na początku z rozpędu kupowałam i wydawałam tyle, co wcześniej, spowodował, że musiałam zmienić myślenie. Zawsze starałam się jak najmniej jedzenia wyrzucać, ale czasem ot, zdarzało się. Teraz zmieniłam system - nie wybiorę się na zakupy dopóki nie zużyję tego co mam w lodówce. Wymusza to na mnie zwiększenie kreatywności, ale i ogranicza tez to co lubię najbardziej - wynajdowanie dziwnych przepisów i wypróbowywanie ich. Ale co to za sztuka zrobić coś, kiedy do wszystkiego ma się dostęp? Sztuką jest zrobić coś z produktów bliskich swej daty przydatności, kupionych pod wpływem impulsu lub przy złym wyliczeniu składników na coś innego.

Takim efektem są właśnie te ciasteczka.

Skladniki:

  • opakowanie ciasta francuskiego (użyłam niemrożonego)
  • 150-200 g serka śmietankowego typu Philadelfia
  • 1 jajko
  • 2 łyżki cukru
  • ew. aromat (używać z umiarem, bo inaczej zostaje smak aromatu w ustach, zamiast smaku przepysznego ciastka)
  • ew. jajko do posmarowania

Przygotowanie:

Ciasto pokroić na kwadraty (lub mniej więcej podobnej wielkości prostokąty). Serek wymieszać z jajkiem, cukrem, ew, aromatem. Masę wykładać na co drugi kwadrat, tak aby pozostały czyste brzegi, czystym kwadratem przykrywać i sklejać boki (ja zrobiłam to przy pomocy widelca - przed upieczeniem był ładny wzorek, po upieczeniu niewiele z niego zostało, ale ser nie wypłynął).

Ciastka przełożyć na blachę, posmarować rozbełtanym jajkiem, ew. posypać grubym cukrem (nie miałam, posypałam zwykłym i nic nie widać ;) ).

Piec w temperaturze 200 st. C przez 15 minut.

wtorek, 15 marca 2011
Sernik z suszoną żurawiną i czekoladą

Wreszcie ktoś przekonał się do mojej pasji gotowania. Po dłuższym okresie dopominania się o działkę przy przygotowywaniu imprez rodzinnych po stronie mojego męża (mojej mamy nie trzeba przekonywać - sama dzwoni z pytaniem, co zrobię), przynoszenia własnych wypieków na wszelkie imprezy, zaczęłam dostawać zlecenia. Ostatnia taka okazja nadarzyła się przy obchodach 80 urodzin babci mego męża. Miałam upiec ciasto i zrobić sałatkę. O tej ostatniej napisze kiedy indziej, bo (prawdopodobnie) z powodu pięknego zielonego koloru bardzo szybko zniknęła ze stołu i nie udało mi się jej utrwalić na zdjęciu. Z ciasta które upiekłam został mi tylko jeden, jedyny kawałek, może nie do końca reprezentatywny i fotogeniczny, ale zawsze obrazujący "moje dzieło".

Przepis zmodyfikowany, na podstawie propozycji Jamiego Olivera w magazynie "Kuchnia" (nr 4 - 2010).

Składniki:

Spód sernika:

  • 150 g stopionego masła
  • 300 g herbatników degestive z czekoladą

Masa serowa:

  • 100 g drobnego cukru trzcinowego jasnego
  • 3 łyżki mąki kukurydzianej (ja zastąpiłam kaszą manną)
  • 1 kg serka śmietanowego
  • 2 duże jajka
  • 100 ml śmietany kremówki
  • skórka z 1 pomarańczy
  • 50 g pokruszonej gorzkiej czekolady (min. 60%)
  • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego

Żurawina:

  • 200 g suszonej żurawiny
  • 3 czubate łyżki drobnego cukru trzcinowego
  • sok i otarta skórka z jednej pomarańczy
  • 1/2 łyżeczki mielonego cynamonu (oryginalnie jest laska cynamonu, ale akurat nie miałam)
  • 1 laska wanilii (zastąpiłam 1 łyżeczką ekstraktu waniliowego)
  • parę łyżek rumu (dodałam whisky)

Polewa czekoladowa:

  • 100 g pokruszonej gorzkiej czekolady
  • 100 ml śmietany kremówki

Przygotowanie:

Piekarnik rozgrzać do 180 st. C.

Herbatniki pokruszyć, wymieszać ze stopionym masłem na jednolita masę. Wyłożyć nią spód wysmarowanej tłuszczem tortownicy (24 cm średnicy). Wstawić do nagrzanego piekarnika na 10 minut. Po tym czasie wyjąc do ostygnięcia.

W piekarniku zwiększyć temperaturę do 200 st. C

W tym czasie można przygotować żurawinę. Do rondelka wrzucić żurawinę, cukier, połowę soku pomarańczowego, skórkę pomarańczową, cynamon, esencję waniliową, rum/whisky. Wszystko to gotować przez około 5 minut na małym ogniu - do powstania dosyć gęstego syropu sklejającego żurawinę.  Wyłączyć gaz i pozostawić do ostygnięcia.

Kolejnym krokiem jest przygotowanie masy serowej.  W misce wymieszać cukier z mąką kukurydziana /kaszą manną, dodać serek i jajka. Wszystko razem wymieszać na gładka masę. Na koniec dodać śmietankę, ekstrakt waniliowy, skórkę pomarańczową i ponownie wymieszać.

Ostatnim krokiem jest dodanie polowy wystudzonego sosu żurawinowego oraz pokruszonej czekolady do masy serowej. Delikatnie wymieszać składniki, aż się połączą. Wylać tak przygotowaną masę na podpieczony spód.

Wstawić do piekarnika na 45 minut (ja piekłam ponad godzinę).

Upieczony i przestudzony sernik sernik przyozdobić polewą czekoladową - do roztapianej w kąpieli wodnej czekolady, dodać śmietanę kremówkę i delikatnie mieszać do połączenia się składników w jednolita, błyszczącą masę. Polać nią sernik, przyozdobić resztą żurawiny w syropie.

Sernik najlepszy jest drugiego dnia.

 

 

Zupa pomidorowa z soczewicą

Tak właśnie nazwał tą zupę mój mąż. Kiedy mu ją podałam, najpierw nieufnie się jej przyjrzał, następnie dokonał operacji "wglądu wgłąb" łyżką i zapytał - gdzie makaron? Na moja odpowiedź, że zupa ta jest bez makaronu czy ryżu, jeszcze raz spojrzał w talerz i uznał, że w takim razie to zupa pomidorowa z soczewicą.

Oryginalny przepis wzięłam ze strony Kwestia smaku. Tu nieco zmodyfikowany.

Składniki:

  • 1 marchewka
  • 1 mały seler/kawałek selera
  • 1 pietruszka
  • 1 por
  • 1,5 litra bulionu warzywnego
  • puszka pomidorów
  • 150 - 200 ml koncentratu pomidorowego (dolewając trzeba pilnować, by nie zupa nie zrobiła się zbyt gorzka - ja dodałam niecały 200 ml kartonik koncentratu - passaty)
  • 250 g czerwonej soczewicy
  • 1/2 zmielonego kminu rzymskiego
  • 1 łyżeczka zmielonej suszonej kolendry
  • 1 łyżka sosu ostrygowego
  • 1 łyżka sosu sojowego
  • sól, pieprz
  • olej

Przygotowanie:

Pokroić warzywa w kostkę. W garnku o grubym dnie rozgrzać odrobinę oleju, wrzucić warzywa, podsmażyć kilka minut. Do lekko przesmażonych warzyw wlać bulion, wrzuć pomidory z sokiem z puszki, wsypać wszystkie przyprawy wraz z sosem ostrygowym i sojowym. Doprowadzić do wrzenia. Po 10 minutach, dodać koncentrat pomidorowy i ponownie zagotować. Po kolejnych 10 minutach dodać opłukaną i odsączona soczewicę, gotować kolejne 10-15 minut, do miękkości. I gotowe :)

W oryginalnym przepisie jest zapisane, by  przed dodaniem soczewicy cała mieszankę potraktować blenderem, w celu uzyskania gładkiej zupy. Mi się akurat blender zepsuł - używany do rozdrobnienia marchewki, przegrał z nią pojedynek siłowy. Więc wyszła mi zupa zawiesista, pełna dużych kawałków do chrupania. Może mniej elegancka, ale (pewnie) w smaku ta sama.

Tagi: soczewica
14:17, karolah19 , Zupy
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... PustaMiska - akcja charytatywna

Durszlak.pl