piątek, 13 maja 2011
Kurczak pięć smaków w sosie

Jakiś czas temu w mojej, niedużej miejscowości powstała nowa restauracja. Właściwie określenie to jest na wyrost, bardziej bar szybkiej obsługi, z chińskim jedzeniem. Wybraliśmy się tam z mężem, ciekawi nowych smaków. Ale jakie miasto, taki lokal - wszystko podane na jednorazowych "talerzykach", herbata w piankowym kubku. Nic dziwnego, że w środku poza nami i obsługa nie było nikogo. Wystrój raczej stylizowany na chiński - tanie ozdoby imitujące wyposażenie chińskich wnętrz np. naklejka na ścianie złożona z kilku powtarzających się znaków. Widać w sklepie w którym ja kupowali, nie było więcej wzorów. Zimno, nudno i banalnie - nie zachęca do ponownego odwiedzenia.

Wygląd wyglądem, ale w restauracjach liczy się jedzenie. Lokal chwali się, że gotuje u nich prawdziwy znawca orientalnej kuchni - zatrudniają osobę stamtąd (skąd dokładnie, nie wiem, nie pojawiła się nawet na chwilę w zasięgu wzroku - powtarzam za kasjerem - barmanem - "stacjonarnym kelnerem" (?)). Bojąc się wynalazków niewiadomego pochodzenia (za dużo oglądam programy Gesslerowej - nie ufam już nikomu, kto gotuje, poza sobą), zamówiłam smażony makaron z warzywami. Dostałam makaron (podobno robiony samodzielnie i w sumie tak smakował) z mieszanka mrożonych warzyw z tzw. "mieszanki chińskiej", utaplanych w przyprawie pięć smaków i sosie sojowych. Dało się zjeść, ale bez ochów i achów. Mój mąż, mniej bojaźliwy, zamówił kurczaka z grzybami mun i warzywami. Musze przyznać, że danie było ambitniejsze i smaczniejsze - kurczak wcześniej zamarynowany - rozpływał się w ustach, grzyby miękkie, tylko dodatek - zwykły, biały ryż! Na dodatek, po polsku rozgotowany! Ok, rozumiem, restauracja się rozkręca, ale dlaczego robią z klientów idiotów? Szkoda, bo może i potencjał jest, ale te plastiki zamiast porcelany i polskie dodatki zepsuły efekt. Na koniec wzięliśmy ulotkę, z myślą, że jeśli jeszcze raz coś stamtąd zamówimy, to do domu.

Jednak po tygodniu znów się nam zachciało "chińszczyzny". Uznałam wtedy, że może sama coś przygotuję. Kupiłam kiedyś, dotąd nie używaną książkę "Kuchnia chińska". Leżała dotąd na półce ze względu na ilość dziwnych, niedostępnych składników, których używa autorka - Ching-He Huang. Kupiłam ją pod wpływem jej programu, emitowanego bodajże na bbc entertainment - tam wszystko wyglądało tak prosto i ładnie. Po ponad półrocznym leżakowaniu wzięłam książkę ponownie, przejrzałam i znalazłam przepis, który postanowiłam wykorzystać. Jest nim tytułowy kurczak pięć smaków. 

Składniki: (dla dwóch osób, ale najadły się nim trzy)

  • 350 g piersi z kurczaka, pokrojonego na drobne kawałki
  • 2 łyżki sosu ostrygowego
  • 1,5 łyżki mąki kukurydzianej
  • sól
  • biały pieprz
  • 1 łyzka oleju arachidowego
  • 2 ząbki czosnku, drobno pokrojone
  • 1 łyżka świeżo startego imbiru
  • 1 łyżeczka suszonego chilli (ja dodałam całą papryczkę - to dużo, za dużo ;) )
  • 250 ml bulionu z kurczaka
  • 1 marchewka, pokrojona w paski
  • 200 g liści kapusty pak choi (pominęłam - dodałam więcej marchewki)
  • 2 łyżki ciemnego sosu sojowego
  • 2 łyżki wina ryżowego (pominęłam)
  • 0,5 łyżeczki przyprawy pięć smaków (zrobiłam własną gniotąc w moździerzu po pół łyżeczki kminu rzymskiego, nasion kopru włoskiego, cynamonu, czarnego pieprzu i 2 goździków - pewnie proporcje są inne, ale cóż - mi smakowało)
  • 1 łyżka maki kukurydzianej zmieszana z 2 łyżkami zimnej wody (do zagęszczenia sosu)
  • 1 cebula dymka, posiekana do posypania - użyłam drobno pokrojonego szczypiorku

Sposób przygotowania:

Pokrojonego kurczaka umieścić w misce, dodać sos ostrygowy, sól, biały pieprz, mąkę kukurydzianą. W miarę dokładnie wymieszać, najlepiej rękoma i odstawić.

W woku rozgrzać olej arachidowy (ja się jeszcze nie dorobiłam woka, więc duża patelnia też się świetnie nada). Wrzucić czosnek, imbir, podsmażyć. Dodać zaprawionego kurczaka. Jak się zarumieni wymieszać i dodać chilli.

Wlać bulion, dodać marchew, kapustę, sos sojowy, wino ryżowe i przyprawę pięć smaków. Wymieszać, doprowadzić do wrzenia. Na koniec dodać mąkę kukurydzianą rozmieszaną z zimną wodą. Ostatni raz przemieszać, po zagęszczeniu sosu, wyłożyć na talarze. 

Posypać dymką/szczypiorkiem i podawać z ryżem jaśminowym.

 

piątek, 06 maja 2011
Tort Pawłowej (Pavlova)

Kiedy pierwszy raz usłyszałam o tym deserze nie mogłam wyjść z zachwytu nad nim z dwóch powodów. Po pierwsze historia - po raz pierwszy deser przygotowano z okazji tournee primabaleriny Anny Pawłowskiej po Australii (choć do jego stworzenia przyznają się i Nowozelandczycy). Podobno poprosiła o coś lekkiego, a co może wydawać się lżejsze od bezy? Drugim powodem mojego zachwytu był wygląd - owa "lekka" śnieżnobiała beza, pokryta śnieżnobiałą bita śmietana i do tego owoce, świeże, jędrne, lśniące. Postanowiłam, że jak się nadarzy okazji przygotuję torcik w sezonie owocowym. 

Okazja nadarzyła się wcześniej. Po świętach zostało mi 7 białek. Po raz pierwszy nie pozwoliłam ich zjeść mojemu mężowi (chciał z nich zrobić jajecznicę, bardzo białkową). Nie wiem jak długo można przechowywać zmrożone białka, wolałam więc nie ryzykować. Okazją okazał się mecz Barcelona - Real (Barcelona w finale :)) ). Świeże owoce zastąpiłam mrożonymi.

Mogę teraz powiedzieć, że do dwóch wcześniejszych zachwytów doszedł trzeci - smak. Torcik rozpływa się w ustach. Jest lekki (jak chciała primabalerina), mimo składników z których został zrobiony.  Podanie go grozi szybkim zniknięciem w brzuchach biesiadników - wzięliśmy połowę (wcześniej przez dzień chodziliśmy i podjadaliśmy, więc na wieczór pozostała połowa) do kolegi na mecz. W trójkę, w ciągu dwóch połówek meczu, nie zostało po nim nic. No może fantastyczne wspomnienie smaku. Ale i ostrzeżenie - uważaj na ciasta, które potrafisz zjeść samemu w ciągu kilku godzin! Ech, czas na serki wiejskie i zupy warzywne...

Przepis podaję za blogiem "Moje wypieki". Ciasto robi się bardzo szybko, najwięcej czasu zajmuje upieczenie bezy (najlepiej zrobić to dzień wcześniej). Reszta to 5 minut.

Składniki:

Beza: 

  • 6 białek (zużyłam 7 i nie zmieniałam proporcji innych składników)
  • 300 g drobnego cukru
  • 1 łyżeczka skrobi ziemniaczanej
  • 1 łyżeczka octu winnego 

Dekoracja:

  • 500 ml śmietany kremówki (30 lub 36%) 
  • dowolne świeże owoce (ew. można je zastąpić mrożonymi, muszą być jednak wcześniej rozmrożone i odsączone - ja do ozdobienia ciasta zużyłam paczkę truskawek)

Przygotowanie:

Ubić białka na sztywną pianę, pod koniec ubijania dodać cukier (wsypywać partiami, by mógł się w białkach rozpuścić), skrobię i ocet.  

Gotową pianę przełożyć na blachę wyłożona papierem do pieczenia. Aby beza miała okrągły kształt, warto na papierze narysować okrąg o średnicy 20 cm (ja odrysowałam talerz). Wykładając bezę warto pilnować granic. I tak urośnie w trakcie pieczenia, więc ma to tylko znaczenie symboliczne. Będzie jednak okrągła po wyciągnięciu z piekarnika.

Bezę wstawić do piekarnika rozgrzanego do 180 st. C. Po pięciu minutach zmniejszyć temperaturę do 150 st. C i piec w niej bezę przez półtorej godziny.  Po tym czasie nie wyjmować bezy z piekarnika, tylko lekko uchylić drzwiczki, by się ostudziła (ja ją zostawiłam na całą noc).

Wystudzone ciasto przełożyć delikatnie na paterę (której nie posiadam, w zamian mam pojemnik do przenoszenia okrągłych ciast i go użyłam - oj, muszę nadrobić ten brak w mej kuchni). Najlepiej zrobić to przykładając do górnej części bezy paterę, odwrócić razem z papierem, a następnie delikatnie usunąć papier. 

Pozostaje tylko udekorowanie - ubić bita śmietanę (bez cukru!), wyłożyć na bezę, udekorować owocami.

Smacznego! 

 

ps. na początku się przestraszyłam, bo beza była wypieczona tylko na zewnątrz, a w środku przypominała piankę. Jednakże po obejrzeniu zdjęć znalezionych w internecie i książkach kucharskich, zobaczyłam, że taka ma właśnie być. 

 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... PustaMiska - akcja charytatywna

Durszlak.pl