piątek, 23 września 2011
Carbonara z cukinią

Pyszne, proste i szybkie do wykonania danie. Novum stanowi dodanie do tradycyjnej carbonary pokrojonej w kostkę cukinii. Dodaje ona lekkości, ale nie oszukujmy się potrawa do najlżejszych nie należy. Ale w związku z tym, że idzie jesień i coraz więcej będzie dni, takich jak dzisiejszy, od czasu do czasu można sobie na takie danie pozwolić.

Przepis zaczerpnęłam ze strony Jamiego Olivera (tak, tak - znowu przepis Jamiego).

Składniki: (dla dwóch osób)

  • 200 g makaronu penne
  • duża cukinia lub dwie małe
  • 2 jajka
  • 100 g wędzonego boczku (najlepiej pokrojonego w plasterki)
  • 50 ml kwaśnej śmietany 
  • garść parmezanu lub podobnego sera (nie wiem, ile to w gramach)
  • tymianek (użyłam suszonego - niecałą łyżeczkę) 
  • sól, pieprz
  • olej

Przygotowanie:

Wstawić wodę na makaron. W tym czasie pokroić w kostkę boczek i cukinię (wcześniej wyciąć środek z nasionkami).

Postawić patelnię na gazie, wlać olej i wrzucić na niego boczek. Jak się zarumieni, dodać pokrojoną w kostkę cukinię.  Smażyć razem do czasu jak boczek będzie dobrze wysmażony, a cukinia miękka i lekko zarumieniona.

W czasie smażenia, wrzucić makaron do wody i gotować wg wskazówek na opakowaniu.

Do miseczki wbić jajka, rozbełtać. Dodać śmietanę - wymieszać dokładnie z jajkami. Na koniec wrzucić ser i ponownie wymieszać.

Odcedzić makaron (warto zostawić odrobinę wody z gotowania). Do boczku i cukinii dodać makaron, przemieszać (na ogniu). Wszystko musi być gorące. Wyłączyć ogień pod patelnią, wlać do składników mieszankę jajeczno-serową. Szybko wymieszać, ew. dodać odrobinę wody z gotowania makaronu. Doprawić do smaku (zdarza mi się zapomnieć!) i można podawać.

 

Przepis ten dodaje do akcji Cukinia 2011

 

czwartek, 22 września 2011
Kurczak Tikka Masala i czy mozna nie lubić curry, jeśli się pochodzi z Indii

Dzisiejszy wpis to moja odpowiedź na akcję "Serialowo w kuchni", jako że oglądanie seriali, obok gotowania, to mój ulubiony sposób spędzania czasu. Zaczęło się dobrych klika lat temu od seriali sci-fi (do których wciąż odczuwam sentyment), by potem poszerzyć paletę o seriale obyczajowe, historyczne, komediowe. I właśnie wśród ostatnich znalazłam inspirację do tego wpisu.

Mowa tu o serialu "The Bing Bang Theory" (z polskim, nieco odrzucającym tytułem - Teoria wielkiego podrywu). Opowiada on historię czterech geeków lub jak kto woli nerdów. Albo po naszemu - chłopaków, którzy żyją w świecie nauki, komiksów i filmów s-f i fantasy, dla których dziewczyny to postaci z innej planety (choć ich, oczywiście, w serialu nie brakuje).

Co ma serial do kuchni indyjskiej? Otóż bardzo dużo. Panowie, nie chcąc tracić czasu na takie banalne czynności, jak gotowanie. Na ogół jedzą posiłki zamówione, w zależności od dnia, w innej restauracji, prezentującej inną kuchnię świata. Tak więc we wtorki jest pizza, w środę jedzenie indyjskie, w czwartek tajskie itd. (nie jestem pewna, czy podałam właściwe dni posiłków, jeśli czyta to Sheldon, z góry przepraszam ;) ). 

Ale to nie koniec - jednym z bohaterów jest astrofizyk, pochodzący z Indii. Raz, kiedy wypadł dzień indyjski, podczas rozdawania pudełek z jedzeniem, okazało się, że on dostał...hamburgera! Ponieważ, mimo że jest z Indii, nie lubi tej kuchni i ma po niej sensacje żołądkowe! 

Przepis zaczerpnęłam z książki "Każdy może gotować" Jamiego Olivera.

Składniki:

  • 4 pojedyncze piersi z kurczaka
  • 2 cebule
  • 1 świeża papryczka chilli
  • ok. 5 cm kawałek świeżego imbiru
  • pęczek kolendry (pominęłam) 
  • 400 g puszka krojonych pomidorów
  • 400 ml puszka mleka kokosowego
  • olej
  • kawałek masła (pominęłam)
  • sól
  • pieprz
  • pojemniczek jogurtu naturalnego
  • garść płatków migdałowych (można o tym zapomnieć!)
  • sos tikka masala (można kupić, ale zrobienie samemu nie jest trudne): 
    • 2 ząbki czosnku
    • ok. 5 cm kawałek świeżego imbiru
    • 1 łyżeczka pieprzu kajeńskiego
    • 1 łyżeczka wędzonej papryki
    • 2 łyżeczki garam masala
    • 1/2 łyżeczki soli
    • 2 łyżki oleju arachidowego
    • 2 łyżki przecieru pomidorowego
    • 2 świeże czerwone papryczki chilli (dałam 1)
    • pęczek świeżej kolendry (też pominęłam)
    • 1 łyżka wiórków kokosowych
    • 2 łyżki mielonych migdałów
    • przyprawy do uprażenia: 2 łyżeczki nasion kminu rzymskiego i 1 łyżeczka nasion kolendry

Przygotowanie:

Najlepiej rozpocząć od sosu - na suchej patelni uprażyć nasiona kminu i kolendry. Będą gotowe jak lekko zbrązowieją i zaczną ładnie pachnieć. Następnie przesypać je do moździerza i rozdrobnić.

Pozostałe składniki włożyć do robota kuchennego - użyłam blendera, wsypać rozdrobnione, uprażone przyprawy i wszystko razem wymieszać.

Mięso pokroić na nieduże kawałki. Ponadto cebulę pokroić kostkę, a czosnek i imbir w cienkie paseczki. Kolendrę podzielić na dwie części - liście (odłożyć) i łodygi - drobno pokroić.

Rozgrzać dużą patelnię, wlać na nią olej i wrzucić masło. Następnie wrzucić na tłuszcz cebulę, czosnek, chilli, imbir i łodyżki kolendry. Jak zmiękną i zbrązowieją, dodać mięso i sos. W tym momencie trzeba dokładnie wszystko wymieszać, tak aby sos oblepił wszystkie składniki znajdujące się na patelni. Doprawić solą i pieprzem (potem już nie będzie to potrzebne).

Jak wszystko będzie oblepione, na patelnię wlać mleko kokosowe, pomidory. Jedną z puszek napełnić woda i wlać ja do mieszanki na patelni. Doprowadzić curry do wrzenia, zmniejszyć ogień i gotować danie pod przykryciem około 20 minut - tak by się w połowie zredukowało.

Podawać z ryżem i jogurtem (łagodzi ostry smak curry). Przed podaniem warto pamiętać o posypaniu płatkami migdałów (ja na ogół nie pamiętam - ale ma to walor bardziej estetyczny, niż smakowy) 



  

poniedziałek, 19 września 2011
Wizyta na północy, czyli co jedzą Szwedzi, cz. II

Ciąg dalszy fotorelacji - lunch w Karlskronie, a podano obiad w iście królewskim stylu - kotlet Wallenberga - mielona cielęcina z dodatkami, na ziemniaczanym puree z dodatkiem borówki. Pycha. I jak podane!

Zdjęcie uchwycone w przelocie - te babeczki wyglądały tak apetycznie, że aż prosiły się o zdjęcie. 

Wróbelki :) (czy mi się wydaje, ale ostatnio coraz mniej wróbelków widać na polskich ulicach?)

Nalewki w szwedzkim stylu - cynamonowa, anyżkowa i kminkowa. Poza pierwszą - słodziutką, pozostałe nie dla mnie. Do tego do zagryzienia ciemny chlebek, oliwki, ser żółty i solona cytryna.

Przed jednym z muzeów na rynku w Karlskronie.

I na sam koniec - wizyta w gospodarstwie hodującym łosie i przerabiającym je na różne potrawy. Gospodarze zarzekali się, że oglądane przez nas zwierzęta nie trafia nigdy pod nóż. Mięso wyrabiane jest z upolowanych, dziko żyjących łosi, w określonym przez państwo czasie i limicie.

No i próbka smaku - kiełbasa z łosia, kotbullar - kulka mięsna i feta z mleka łosia, zwana fetą północy. Muszę przyznać, że dziwnie się to jadło patrząc na biegające za płotem łosie, ale było ogólnie smacznie. Inne niż znane nam mięso.



Na koniec jeszcze zakupy - 20 minut. To było dosyć trudne zadanie, bo etykiety praktycznie są tylko po szwedzku. Kupiliśmy cydr jabłkowy i gruszkowy - ciekawostka, sok z czarnej porzeczki, dżemy jeżynowy, pomarańczowy i truskawkowy z rabarbarem. Do tego pastę krewetkową, ciasteczka imbirowe i kuleczki kakaowe. Na półkach nie znalazłam dżemu z maliny moroszki i soku z czarnego bzu - ponoć chętnie kupowanych przez Szwedów i uważanych za rarytasy. Następnym razem napisze sobie na kartce jak co się nazywa po szwedzku. Bez tego - kolejne zakupy w ciemno :)

 

Tagi: Szwecja
14:10, karolah19 , Podróże
Link Komentarze (3) »
Wizyta na północy, czyli co jedzą Szwedzi, cz. I

Jakoś w tym roku nie mogliśmy się zdecydować, dokąd pojedziemy na wakacje. Od trzech lat jeździmy po Polsce, głównie na wschód, ale w tym roku zarówno ceny benzyny, jak i zamieszanie na PKP, nie zachęciły nas do podróży po Polsce. Zagranica, przy wysokim kursie euro tez wydała się mało atrakcyjna. Zdecydowaliśmy się więc na wariant minimalny - weekend na morzu, połączony z jednodniową wycieczką po Szwecji. Zwłaszcza, że wycieczka miała wyjątkowy temat przewodni - szwedzką kuchnię. Oto fotorelacja.

Łosie na terminalu? Nie - po prostu w głębi Szwecji nie można się po prostu zatrzymać i zrobić zdjęcia z tym znakiem. Mandaty są surowe. Więc dla turystów umieścili znak na terminalu. Miło, prawda?

 

Jarząb szwedzki - w rezerwacie przyrody na przylądku Torhamn. 

Resztki cmentarzyska wikingów.

Owce czy kozy?

Tradycyjna szwedzka przerwa na kawę - bardzo mocna, specjalnie palona kawa i ciastko - cynamonowe - Kanelbullar i drugie (te w czekoladzie), nie zidentyfikowane - na ciastku przypominającego w smaku i konsystencji kokosankę, wyłożony jest bardzo słodki krem, ponoć ze śmietany, cukru i wanilii, ale nie jestem pewna czy tylko te składniki dałyby taką właśnie konsystencję. Wszystko było bardzo smaczne i sycące. Poniżej porcja dla sześciu osób.

A tu dla jednej :)

Wędzarnia ryb - łososie czekają w chłodni na swoja kolej.

Tradycyjnie, nie na skale przemysłową przygotowane smakołyki - wędzony łosoś i krewetka, do tego łosoś w wersji ugotowanej (tak sądzę) i różne sosy, słodkie, ale wyjątkowo pasujące do tych rybek. Pycha, tylko szkoda, że tak mało.

A tu z innej beczki - Szwedzi uwielbiają stare samochody - tu jeden z nich - Volvo, rocznik wczesny. 

Kristianopel - Sielska Szwecja - Tam tak naprawdę jest - praktycznie wszędzie, którędy przejeżdżaliśmy, domy wyglądały jak na poniższych zdjęciach. I jest bardzo czysto. 

 

Tagi: Szwecja
14:09, karolah19 , Podróże
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 sierpnia 2011
Tarta z kurczakiem i fasolą

Kolejny przepis, który podaję do akcji Tarty. Powstał z potrzeby chwili - kończył się bowiem termin przydatności ciasta francuskiego, które jakiś czas już zalegało mi w zamrażalniku. A nadzienie zrobiłam z tego, co znalazłam pod ręką. Prosty i szybki pomysł na obiad.

Składniki:

  • opakowanie ciasta francuskiego
  • pierś z kurczaka
  • papryka czerwona
  • mała cukinia
  • cebula
  • puszka czerwonej fasoli 
  • dowolne przyprawy - ja użyłam przypraw prowansalskich
  • sól, pieprz
  • olej do smażenia
  • jajko do smarowania

Przygotowanie:

Wyłożyć formę do pieczenia tarty połową ciasta francuskiego (ja musiałam wcześniej je rozmrozić i rozwałkować). Nagrzać piekarnik do 200 st. C. Ponakłuwać ciasto widelcem, żeby za bardzo nie urosło podczas podpiekania spodu. Można też wyłożyć na ciasto papier do pieczenia i wysypać nań "fasolę do pieczenia". Wstawić na 10 -12 minut.

W tym czasie przygotować nadzienie. Pierś z kurczaka pokroić na kawałki, podobnie paprykę i cukinię. Posiekać drobno cebulę, odsączyć fasolę. Na patelni rozgrzać olej, dodać cebulę, pierś z kurczaka - chwilę razem podsmażyć. Jak mięso będzie ścięte, dodać paprykę, cukinię i fasolę. Na koniec doprawić wszystko solą, pieprzem, przyprawami.

Na podpieczony spód wyłożyć farsz. Na górę położyć resztę ciasta francuskiego - tak aby powstał placek z nadzieniem. Ja z ciasta zrobiłam krateczkę. Przed włożeniem do piekarnika, posmarowałam wierzch rozbełtanym jajkiem.

Piec 23-25 minut (warto około 20 minuty zobaczyć, czy aby obiad nie jest już gotowy).

Kroić po przestygnięciu. Nie będzie się rozpadało.

 

A to co zobaczyłam przez okno kuchenne kilka dni temu. Chyba niedaleko musi być sejmik, a one odpoczywały w drodze na niego. Idzie jesień, nie ma na to rady...

 

Tarta z malinami

Do tego wpisu zabierałam się już dwukrotnie. Za pierwszym razem, napisałam wstęp, przygotowałam zdjęcie i zaczynałam opisywać skład, kiedy zawiesił mi się komputer. A w związku z tym, że nie mam zwyczaju (niestety) zapisywać pracy w trakcie, na możliwość awarii, ta się pojawiła. Na ogół w edytorze tekstowym mam ustawiony autozapis, wiem że niektóre blogi też tak mają, ale blox niestety nie. To co napisałam znikło i  było nie do odtworzenia. Tak więc pogniewałam się na mój blog i przez tydzień nawet nie chciało mi się o nim myśleć. Za drugim razem - jakoś w połowie poprzedniego tygodnia, uznałam, ze czas na zgodę i zasiadłam do pisania. Ale najpierw chciałam zobaczyć co zmieniło się na durszlaku i zobaczyłam, że następnego dnia ma się rozpocząć akcja tarty. Tak więc odłożyłam swój wpis na po długim weekendzie, czyli dziś :)

Tarta jest prosta do zrobienia, ale nieco czasochłonna, zwłaszcza jeśli chodzi o ciasto. Na pewno będzie się zachwycać nią każdy "słodyczożerca". Robiłam dwie wersje - jedną z jagodami, drugą - prezentowaną w tym wpisie, z malinami. W pierwszym przypadku przełamałam smak słodkiego kremu, nieco kwaskowatym smakiem dżemu jagodowego, którym posmarowałam ciasto, przed wyłożeniem kremu. Za drugim razem tego nie zrobiłam. Mi bardziej pasował pierwsza wersja, mój mąż nie zauważył różnicy. Jak kto lubi :)

Przepis wzięłam z książki Jamiego Olivera - "Włoska wyprawa Jamiego". Moja propozycja jest wariacją oryginalnej propozycji.

Składniki: 

ciasto:

  • 125 g masła
  • 100 g cukru pudru
  • 250 g mąki pszennej
  • szczypta soli
  • skórka z połowy cytryny
  • 2 żółtka
  • 2 łyżki zimnego mleka lub wody

krem:

  • 500 g serka mascarpone
  • 100 ml śmietanki 30%
  • 2 łyżki cukru pudru
  •  łyżeczka esencji waniliowej (lepiej dodać ziarenka z prawdziwej wanilii, ale nie miałam)

Dodatkowo:

  • mały pojemnik malin

Przygotowanie:

Ciasto: Miękkie masło utrzeć z cukrem pudrem i solą, dodać mąkę, skórkę z cytryny i żółtka. Wyrobić ciasto rękoma, kiedy będzie miało sypką konsystencję, dodać mleko (wodę) i szybko wyrobić na gładkie ciasto. Przygotowane ciasto włożyć do lodówki na min. godzinę (ja robię je dzień wcześniej i leżakuje mi w lodówce całą noc). 

Po tym czasie wyjąć ciasto z lodówki, rozwałkować je i wyłożyć nim blachę. Tak przygotowany blat ciasta musi jeszcze raz trafić do lodówki - tym razem do zamrażarki na kolejną godzinę. Po tym czasie wstawić ciasto do piekarnika nagrzanego do 180 st. C na 15-17 minut. Wystudzić.

Mi po wyłożeniu blachy zostaje jeszcze sporo ciasta i wyklejam nim małe foremki do babeczek - w zależności od grubości tarty wyszło mi od sześciu do dziesięciu dodatkowych babeczek.

Krem: Do miski włożyć wszystkie składniki i mikserem ubić na jednolity krem. 

Na wystudzone ciasto wyłożyć krem, przyozdobić malinami. Gotowe :)

 

 

Tagi: maliny
15:41, karolah19 , Tarty
Link Komentarze (2) »
czwartek, 28 lipca 2011
Muffinki marchewkowe

Za oknem wiszą okropne ciemne chmury. Lada moment lunie. Pogoda nie zachęca więc do spacerów, jak nie ma spacerów, nie ma zakupów. A brak zakupów to brak nowych produktów. Tak też, jak człowiek ma ochotę na coś smacznego, zostaje to co jest w lodówce i szafkach. Na szczęście na (co prawda - nie letnie) muffinki składniki zawsze się znajdą. Bo kto gotuje, nie ma w domu marchewki, maki i jajek? Ja miałam i tym sposobem "wyczarowałam" oto te babeczki :)

Przepis - nieco zmieniony - pochodzi z poniedziałkowego dodatku do GW - Palce Lizać nr 20 (24) z maja br.

Składniki:

Suche składniki:

  • 250 g mąki pszennej tortowej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 100 g brązowego cukru
  • pół szklanki rozdrobnionych orzechów - użyłam włoskich
  • pół łyżeczki mielonego kardamonu
  • pół łyżeczki mielonego imbiru

Mokre składniki:

  • 2 jajka
  • 150 ml oleju
  • 2 średniej wielkości, starte marchewki 

Przygotowanie:

W jednej misce wymieszać wszystkie suche składniki, w drugiej mokre.  Do suchych wlać mokre, wymieszać niedokładnie - by zostały grudki. 

Foremkę do muffinek wypełnić papilotkami, następnie nakładać do 2/3 wysokości ciasto.

Piec w temperaturze 180 st. C przez 20 minut. Studzić na kratce. 

 



sobota, 09 lipca 2011
Pierogi z bobem

Nie jestem "smakową" tradycjonalistką - lubię połączenia dziwne, chociaż czasem schematy wdrukowane w mojej głowie, mocno walczą przed nowinkami. Dlatego, jak usłyszałam o pierogach z bobem, w pierwszym momencie się zdziwiłam, w kolejnym zachwyciłam, a już następnym wiedziałam, że to zrobię. Mając za wskazówkę słowa - pierogi, bób i boczek stworzyłam prosty, wręcz minimalistyczny przepis na pierogi z bobem. A jako, że uwielbiam pierogi i bób, wierzyłam w sukces przedsięwzięcia. Polecam amatorom pierogów, bobu i nowych smaków (o ile, jeszcze nań nie trafili).

Składniki:

  • 250 g mąki pszennej (użyłam typu 650) 
  • kilka łyżek gorącej wody
  • 250 g bobu
  • 100 g boczku
  • sól
  • pieprz

Przygotowanie:

Przygotować ciasto na pierogi: Na stół wysypać mąkę, dodać gorąca wodę (uwaga! można się poparzyć - ale to każdy amator robienia pierogów wie). Wyrabiać ciasto tak długo (ew. dodawać wodę lub mąkę), aby nie było za suche, ani za mokre. Ma być elastyczne, w miarę miękkie. Po wyrobieniu zawinąć szczelnie w ściereczkę, aby nie wyschło (suche nie będzie się kleić).

Przygotować farsz: Ugotować bób w łupinkach. Po przestudzeniu, obrać i wrzucić do malaksera. Dodać pokrojony w kostkę i podsmażony boczek. Wszystko razem zmiksować na w miarę gładką masę. Doprawić solą i pieprzem.

Z ciasta wykrawać krążki (ja robię to tradycyjna metoda mojej mamy - zwykłą szklanką), na każdy położyć mniej więcej łyżeczkę farszu, skleić brzegi. 

Gotowe pierogi wrzucić do wrzącej, osolonej wody. Gotować do momentu wypłynięcia. Można podawać ze skwarkami, ale dla mnie to już by była totalna, bezwstydna rozpusta ;) Bo i tak zjadłam je po ugotowaniu, podsmażone.

 



wtorek, 05 lipca 2011
Malinowy mus z mascarpone i o Openerze słów kilka.

Chciałam od razu pisać o moim "dziele", ale nie mogę. Te kilka dni w roku, zresztą już trzeci raz (dopiero?), to dni w których myślę tylko o jednym - o skończonym właśnie festiwalu Opener. W tym roku wybrałam się tylko na jeden dzień, bo tak naprawdę tylko tego dnia występowały gwiazdy, które chciałam koniecznie zobaczyć - The National oraz Coldplay. Oba zespoły dały wspaniałe, ekscytujące i porywające koncerty. No dobra - do The National "porywanie" nie pasuje - kto widział, ten wie ;) ale w końcu to "najsmutniejszy zespół świata". No i wciąż nie mogę się otrząsnąć z tego, jak wygląda wokalista tego zespołu - ten głos nie pasuje do kogoś, kto przypomina mi księgowego - to było, na marginesie, jedno z zaskoczeń tego wieczoru.

Kolejnym był koncert Colplay - spodziewałam się szaleństwa, ale to co zobaczyłam, przeszło moje najśmielsze wyobrażenia o tym koncercie. Zespół dał niesamowity koncert, pełen energii. Półtorej godziny zleciały jak z bicza trzasnął. I tylko mi było mi szkoda, że to nie może trwać i trwać. Zawsze lubiłam ten zespół (patrz - nazwa bloga), ale nie należał do mojej ekstraligi - posłużę się nomenklaturą piłkarską. Czas najwyższy na awans. I czekam na kolejne koncerty, najlepiej samodzielne, bez festiwalowych ograniczeń czasowych. 

Jak na takiej imprezie bywa, nie zabrakło odkrycia całkiem nowego. Po zakończeniu koncertów dwóch wyżej wymienionych pewniaków, nie chcieliśmy jeszcze wracać (noc była młoda) i zabłądziliśmy pod World Stage, gdzie miał występować zespół o którym wcześniej nie słyszeliśmy - Fat Freddy's Drop. Założenie było następujące - przesiedzimy tu pół godziny, a potem pójdziemy na Caribou. Nie dotarliśmy na występ tego ostatniego - koncert Fat-ów tak nas wciągnął, że zostaliśmy do końca - dwie, bite godziny! Jeśli ktoś miałby szanse ich zobaczyć - polecam - trzeba iść, choćby w ciemno! WARTO!

Reszta festiwalu to dla nas tylko opisy koncertów w internecie, informacje w radiu i telewizji, koncerty na żywo ze sceny głównej w Trójce - ale to nie to samo. Jeżeli w kolejnym roku będę mogła iść, to pójdę znów na całość. By nie żałować.

No dobra, teraz o deserze. Właściwie to nic specjalnego. Proste połączenie prostych składników. Odświeżające, smaczne, delikatne. Jak to zwykle bywa, gdy składnikami sa maliny i mascarpone.

Składniki:

  • pojemniczek malin
  • 250 g mascarpone
  • kilka łyżek cukru pudru

Przygotowanie:

Mascarpone utrzeć z cukrem pudrem. Maliny zmiksować lub przetrzeć na jednolitą masę z cukrem pudrem - odłożyć kilka do dekoracji. Trzeba próbować, czy smak jest odpowiedni - nie może być za słodkie - w końcu i w serku jest cukier. Do naczyń rozłożyć maliny, na wierzch wyłożyć serek. Udekorować malinami. I gotowe.

Można też utrzeć wszystkie składniki razem - mój mąż, jak mu podałam deser podzielony na dwie części, od razu wszystko wymieszał. I tylko na wyglądzie stracił ;)

 

Co prawda, nie z koncertu (nie zaśpiewali Strawberry Swing ;( ), ale warto obejrzeć dla sposobu realizacji teledysku. 

No i The National :)

 

wtorek, 21 czerwca 2011
Chłodnik litewski

Ojejku - ile czasu tu nie byłam. Właściwie od końca kwietnia to tylko jazda między domem, a jednym, drugim kursem, sesja (żeby na studiach podyplomowych robić sesje??), poszukiwanie pracy. A do tego dopiero dzisiaj zobaczyłam, że durszlak.pl przeszedł metamorfozę i muszę się znów na niego zarejestrować. No dobra, czas wrócić na ziemie i zacząć nadrabiać zaległości. 

Rozpocznę od dania, które w ciągu kilku ostatnich tygodni stało się naszym domowym hitem - chłodnik litewski. Nie do przecenienia była oczywiście rola pogody - upały zachęcały do jedzenia chłodnego, lekkiego. Co prawda, obecnie za oknem widzę tylko chmury (no dobra - nieco się przejaśnia), ale według prognoz, w weekend upały mają powrócić. Na stoły więc powróci i chłodnik :)

Zupę tę zjadłam pierwszy raz dopiero w ubiegłym roku. Pojechaliśmy z mężem na wakacje do Augustowa i tam postanowiłam popróbować oryginalnej kuchni podlaskiej. Na najlepsze dania trafiłam w ... barze szybkiej obsługi, gdzie obok chłodnika, kartaczy, babki ziemniaczanej, sprzedawane były frytki, zapiekanki i hamburgery. Istny misz-masz. To miejsce przez większość naszego pobytu, było naszą główną jadłodajnią. Zauważyłam tam ciekawą rzecz - młodsi miejscowi zamawiali owe frytki i zapiekanki, starsi i turyści tradycyjne dania. Może młodzi mają to na ogół w domu i na mieście chcą zjeść co innego?

Sama zupa wydawała mi się zawsze wielką ekscentrycznością. Jak można jeść zimną zupę? Zupa musi być gorąca, parująca, parząca język. Podczas pierwszego obiadu nawet na nią nie spojrzałam. I pewnie by tak zostało, gdyby nie mój mąż, który zamówił danie i dał mi spróbować. Odtąd zamawiałam je już do końca pobytu. I postanowiłam, ze zrobię je w domu, jak wrócę. Okazja pojawiła się jednak dopiero teraz. 

Przepis podaje za blogiem White Plate

Składniki:

  • pęczek botwiny (proponuję wziąć dwa, bo po odcięciu liści, zostaje bardzo mało do skrojenia. Próbowałam wersję zarówno z liśćmi, jak i bez, polecam tą drugą. Zupę można wykonać z samych łodyg, można też wkroić małe buraczki - w internecie krąży wiele wersji)
  • 1 litr kefiru
  • 1 średniej wielkości ogórek szklarniowy 
  • 1 pęczek rzodkiewki
  • pół pęczka koperku
  • 1 ząbek czosnku (chyba, że ma się tylko chiński - polecam trzy, choć i tak go prawie nie czuć)
  • 2 szklanki wody
  • 3-4 łyżki koncentratu buraczanego
  • sól, pieprz, cukier do smaku

Przygotowanie:

Botwinę umyć i pokroić drobno.  Zagotować wodę, dodać koncentrat buraczany i botwinę. Gotować chwilę (około 10 minut), aż zmięknie botwina. Odstawić do wystygnięcia.

Ogórek umyć, obrać i pokroić na małe kawałki. Podobnie rzodkiewkę. Posiekać  drobno czosnek i koperek. Do wystudzonej bazy z botwiną wlać kefir, dodać ogórek, rzodkiewkę, czosnek, koperek. Doprawić do smaku.

Gotową zupę wstawić na min. 2 godziny do lodówki. Podawac z ugotowanym na twardo jajkiem.

 

 

 

Tagi: botwina kefir
14:30, karolah19 , Zupy
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... PustaMiska - akcja charytatywna

Durszlak.pl